Słowo na III Niedzielę Wielkanocną

10 kwietnia 2016
Słowo na III Niedzielę Wielkanocną

Wiedzieli, choć nie poznali

Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: Kto Ty jesteś? bo wiedzieli, że to jest Pan. Noc wypełniona pracą rybaków. Ranek oznaczał koniec tej pracy – tym razem bezowocnej. Nic nie złowili. Nie było zysku, nie było satysfakcji. Było zmęczenie. I jeszcze ktoś z brzegu pyta, czy mają co jeść. To było denerwujące. Najmłodszy z nich, Jan, zorientował się, że to Jezus. Zorientował się? Czy poznał? No właśnie, mamy tu jakąś wątpliwość. I to nie pierwszą w relacjach o spotkaniach ze Zmartwychwstałym. Nie poznała Jezusa o świcie pierwszego dnia Maria Magdalena przy grobie. Nie poznali go tego samego dnia po południu uczniowie w drodze do Emaus. A dziś Jan opowiada o podobnej sytuacji nad jeziorem.

Ale Jan pisze o pewności, jaką mieli: Wiedzieli, że to jest Pan – powiada. Niespodziewany połów, wspólny posiłek nad jeziorem, rozmowa z Piotrem – to wszystko układa się w jedną, spójną i logiczną całość. Nie poznali – a przecie wiedział najpierw jeden, a potem reszta apostołów–rybaków. Podobnie było w Emaus. Choć przez dobrą godzinę nie byli świadomi, kto im towarzyszy, przyszła chwila olśnienia i zdziwienia: Jak mogliśmy Go nie poznać! Sercem czuliśmy Jego obecność! Zanim sobie uświadomili, że to Jezus, już wiedzieli. Także Maria Magdalena – „nie wiedziała, że to Jezus”. Odwróciła się i zobaczyła jakąś postać. To był moment, jej myśli były gdzie indziej, ten ktoś stojący za nią zjawił się, jak spod ziemi, szybciej niż zdołała myślą ogarnąć sytuację. I następny moment, Jego głos wypowiadający jej imię. Teraz już wiedziała. Po prostu wiedziała – to On, żywy Jezus, którego ciała szukała w grobie. Wszystkie te trzy sytuacje można krótko określić: zanim zdążyli poznać Jezusa, już wiedzieli, że to On.

Wiara i niepewność

To nie była pewność wiary. To była pewność namacalnej sytuacji, jaka może każdemu się zdarzyć. Nasze spotkania z Jezusem mają jednak zupełnie inny charakter. Nie są sytuacjami namacalnymi, nie mamy przed sobą człowieka w widzialnej, materialnej postaci. Nie możemy więc Jezusa ani poznać, ani nie poznać. Może więc nie ma o czym i o kim mówić? A może po prostu w naszym życiu Go nie ma? A jeśli jest nieobecny w naszej codzienności, to cóż dla mnie znaczy jego zmartwychwstanie? Nie ma o czym mówić, nie ma się nad czym zastanawiać. Byle doczekać jutra.

A jednak nie potrafimy obok sprawy zmartwychwstania przejść obojętnie. Dwa tysiące lat, tyle pokoleń – i tylu ludziom wiara w zmartwychwstanie dawała siłę, by żyć, by żyć dobrze, pożytecznie, by żyć święcie. Dawała siłę, by przetrwać nawet najbardziej beznadziejne i czarne chwile. Tyle dobrego w świecie dokonali ludzie wierzący w zmartwychwstanie i powołujący się na obecność Jezusa w swoim życiu. To nie może być ani przypadek, ani kłamstwo, ani żadna mistyfikacja. Rację miał Gamaliel, członek najwyższej rady żydowskiej, gdy po przesłuchaniu apostołów powiedział: „Jeżeli od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, a jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć i może się czasem okazać, że walczycie z Bogiem” (Dz 5,38n). Nie rozpadła się, ogarnęła cały świat – mimo wrogości, sprzeciwu, wyśmiewania, a nawet krwawych prześladowań.

Nie potrafimy obok sprawy zmartwychwstania przejść obojętnie, ale też jakaś niepewność w nas pozostaje. Wiara jest odpowiedzią, jaką dajemy Bogu, ale z tej odpowiedzi wyrasta wiele nowych pytań, problemów, także wątpliwości. Innymi słowy – wiara nie jest magazynem gotowych i ostatecznych odpowiedzi. Człowiek wierzący pyta i musi pytać, musi ciągle roztrząsać swoją wiarę, musi odpowiedź Kościoła uczynić swoją własną odpowiedzią, musi wreszcie nauczyć się żyć ze swoimi wątpliwościami i nie rozwiązanymi problemami. Póki żyje na ziemi, widzi Boże sprawy tylko z daleka, w słabym świetle poranka – jak uczniowie nad jeziorem w dzisiejszej ewangelii.

Ryzyko wiary

Czy wiara jest jakimś ryzykiem? Tak. Wiara stanowi jakieś ryzyko. Oczywiście, myślę o wierze pojmowanej jako sposób na życie, o wierze, która kształtuje moją hierarchię wartości, o wierze, która cel życia ziemskiego upatruje w wieczności, o wierze, która każe skoczyć na głęboką wodę – jak to uczynił Piotr – byle być bliżej swego Mistrza i Przyjaciela, bliżej Jezusa. Taka wiara niesie ze sobą ryzyko. Przecież stawiam wszystko na jedną kartę. Całe swoje życie wiążę z Bogiem – a to znaczy z dobrem. Dobro bywa wyśmiewane, prześladowane, krzyżowane. Tak stało się z Jezusem.

Wiara jest ryzykowna. Nie dlatego, że może się okazać, iż jest inaczej niż sądziłem. Nie dlatego, że obawiam się pomyłki, jakoby Boga, zmartwychwstania i wieczności nie było. Wiara jest ryzykowna dlatego, że za wierność wierze przychodzi płacić wielką cenę – nawet cenę życia. Ale wet za wet – czy niewiara nie jest równie ryzykowna? A może nawet bardziej? Za życie pozbawione skrupułów, za życie, w którym sam siebie postawię na miejscu Boga w decydowaniu co dobre a co złe, za życie bez odniesienia do absolutnej prawdy i ostatecznego dobra – za takie życie przychodzi płacić jeszcze bardziej. Nawet jeśli niewierzący człowieka stara się być uczciwym i sprawiedliwym, a znam takich, zostaje ze swymi własnymi siłami i możliwościami sam. Ryzyko niewiary jest nieporównanie większe, niż ryzyko wiary. Gdyby więc nie było żadnych innych argumentów, z tego prostego rachunku ryzyka warto wybrać wiarę.

Ale chrześcijanin nie wybiera wiary w ten sposób. My – jak uczniowie Jezusa, jak Maria Magdalena – wiemy, choć nie do końca rozumiemy. Wiemy, że zmartwychwstały Jezus jest z nami w drodze naszego życia. Świadomość tego pozwala nam być wiernymi dobru i prawdzie – choć jesteśmy grzeszni i słabi. Ważne jest także to, byśmy trzymali się razem – dodając sobie wzajemnie otuchy, dzieląc się wiarą i nadzieją, wspierając się w chwilach trudnych. Zmartwychwstały właśnie to czynił: zgromadził swoich uczniów w jedno.

Ryzyko księcia Mieszka

Czy przed tysiącem pięćdziesięciu laty książę Mieszko też ryzykował, przyjmując we chrzcie świętym wiarę w Jezusa zmartwychwstałego? Ryzykował. Przede wszystkim dlatego, że jako książę był na widoku wszystkich. A większość nie była chrześcijańska. Wiedział, co się działo w Czechach, gdzie trwała walka i wyznawcy dawnej religii tępili chrześcijan. Dawne broniło się i bezwzględnie atakowało. Powiadają historycy, że decyzja Mieszka była decyzją polityczną. Jasne, wszystko, co czyni tak wysoko postawiony człowiek, ma wymiar polityczny. Ale bez wiary osobistej nie do pomyślenia jest postawienie się w sytuacji tak ryzykownej. A jednak zdecydował się na przyjęcie chrztu. Wiedział, że chrześcijańska wiara długo będzie musiała zdobywać sobie miejsce wśród jego poddanych. Ale był przekonany, że przyszłość ma chrześcijaństwo jako nowy sposób urządzania świata.

A nasze pokolenie? Wiara i wierność Ewangelii jest ryzykiem – jak zawsze. Ale cofanie się do pogaństwa, do chaosu przekonań, do chaosu wartości moralnych, do chaosu życia społecznego, do chaosu życia rodzin… Czy to nie większe ryzyko? Bo wrogowie Ewangelii proponują nam właśnie chaos, nieład, nieporządek wszystkich obszarów życia. W imię wolności – która jest dyktatem bogatych. W imię praw człowieka – które przysługują tylko niektórym. W imię równości – która jest dla uległych. W imię obrony życia – która eliminuje słabszych i niewygodnych…

Lepiej wrócić do genialnej decyzji księcia Mieszka, lepiej wrócić do prostoty Ewangelii, lepiej wrócić do zjawiającego się na brzegu naszego życia Jezusa. Choćbyśmy mieli najpierw usłyszeć z pozoru śmieszne pytanie: Dzieci, czy nie macie nic do jedzenia?

(Czytany w sumie: 77 , 1 czytany dzisiaj)
Pogoda Łosice z serwisu

Katolickie Radio Podlasie