Aktualności /

Monitor Parafialny 19.11.2020

Monitor Parafialny 19.11.2020

czwartek, 19-11-2020 | dodał: ks. Sławomir Kapitan


Kilka autorskich odpowiedzi na pytania, nurtujące samego autora.

             Mam świadomość, że źle czyta się moje felietony. Zdania rozbudowane, podrzędnie złożone, czasem zakręcone ozdobnikami, jak ogonek bardzo "smacznego" zwierzęcia. W dodatku ta interpunkcja, na którą ciągle zwraca mi uwagę pewna humanistka, bo przecinek postawiony w niewłaściwym miejscu, może zmienić całą istotę myśli. Źle się czyta te moje felietony, są za długie, mało atrakcyjne w swojej formie, zbyt wielowątkowe. Ten dzisiejszy jest przerażająco długi i zniechęca do czytania. Trzeba mocno się skupić, bo między wierszami, może być ukryty nieco głębszy sens. Tym bardziej podziwiam tych, którzy czytają uważnie do końca. Zdarza się, że nawet po kilka razy czytają, mam takie sygnały. Jeżeli jakaś myśl uważnemu czytelnikowi pomoże w rozumieniu, monitorowaniu tego, co się dzieje wokół nas, to będzie to dla mnie, wystarczającym sensem tego, co robię. Mimo, że zabiera mi to sporo czasu. Po tym ciut przydługim wstępie, przejdźmy do poważnego tematu, który w ostatnim tygodniu chodzi mi po głowie i nie daje spokoju, a który już sygnalizowałem tydzień temu. Dzisiaj rozwinięcie tematu z ubiegłego tygodnia.

             Zacząłem pisać ten tekst w czwartek i na początek fragment dzisiejszej Ewangelii wg św. Łukasza 19 rozdział. Uwielbiam ten tekst ze względu na miejsce, w którym Jezus wypowiedział te słowa. Ci, którzy byli w Ziemi Świętej, pamiętają zbocze Góry Oliwnej, mały kościółek Dominus Flevit w kształcie łzy, ze sklepieniem jak tęczówka oka, i zapierający dech w piersi widok na starą Jerozolimę. W tym miejscu Pan zapłakał i wypowiedział te słowa: «O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi! Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą, a nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia». Wydaje mi się, że te gorzkie łzy, bolesne słowa i retoryczne stwierdzenie, jak ulał pasują do tego, co dzisiaj dzieje się w Kościele i wokół Kościoła. Nie jest dla mnie problemem, że ludzie chodzący do kościoła nie wiedzą, co o tym wszystkim myśleć i wypowiadają krytyczne słowa zatroskania o Kościół. Problemem, który powoduje bolesny skurcz w okolicach klatki piersiowej jest to, że ludzie "wierzący" cieszą się, gdy jakiś kardynał, biskup czy nawet zwykły ksiądz, zrobił coś niemoralnego, w dodatku jest to nagłaśniane i roztrząsane publicznie w mediach. Każda sytuacja, w której człowiek Kościoła, okazał się być niegodnym, napawa mnie smutkiem i nie jest mi z tego powodu do śmiechu. Gołym okiem widać, że przyszedł czas oczyszczenia Kościoła. To akurat wcale mnie nie martwi, bo oczyszczenie od zawsze jest wpisane w istotę Kościoła. Zastanawiam się tylko, na czym to oczyszczenie ma polegać? Czy na tym, że kolejny kardynał nie będzie mógł używać biretu i odprawiać Mszy św. publicznie? A może na tym, że przeniesiemy wszystkich księży do stanu świeckiego, bo przecież wszyscy to grzesznicy i ....., nie użyje tego słowa, tym bardziej nie użyję słowa tak chętnie krzyczanego w ostatnich dniach na ulicy. Zawsze obowiązywała i obowiązuje zasada, kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem. Martwi mnie to, że za oczyszczanie Kościoła, najgłośniej biorą się ci, którzy z Kościołem już dawno nie mają nic wspólnego, a ludzie wierzący zaczynają im kibicować. Każda reforma w Kościele, rozpoczyna się od nawrócenia, chodzi tu o nawrócenie nie ludzi gdzieś tam, ale o nawrócenie moje, osobiste, każdego z nas. Jeżeli mówisz o konieczności oczyszczenia Kościoła, to zaczynasz od siebie, ja już zacząłem. Tak rozumiane oczyszczenie w Kościele jest bardzo potrzebne. Jest takie powiedzenie, że młyny kościele mielą wolno, ale skutecznie. Kościół jako instytucja, poradzi sobie z tymi wszystkimi trudnymi sprawami, o których dzisiaj piszą pierwsze strony gazet. Kardynał, ten z drugiej półkuli, od lutego 2019 roku, przeniesiony jest do stanu świeckiego, nie jest nawet księdzem. Tak sobie myślę, że ten człowiek, a nie mam o nim prawie żadnej wiedzy, co więcej daleki jestem od usprawiedliwiania jego poczynań, to właśnie on, najbardziej potrzebuje nawrócenia, oczyszczenia, odpokutowania, ponieważ zgorszył maluczkich. Mówię to teoretycznie, bo niewiele mam wiedzy o tym kardynale, ale czy nie powinien mieć szansy na naprawienie krzywd? Podobnie jak my wszyscy, czy nie powinniśmy mieć szans na nawrócenie? Historia Kościoła zna wiele przykładów ludzkiej ułomności, uwikłania w grzech, pokuty i spektakularnego nawrócenia. Miłosierdzie Boże jest przeogromne. Nawet patron naszej parafii, św. Zygmunt, w swoim życiu dopuścił się synobójstwa, ale umiał pokutować i koniec końców, został męczennikiem za wiarę i świętym. Nie jest moim celem usprawiedliwianie kogokolwiek. Daleki jestem od tego. Każdy powinien odpowiedzieć za swoje czyny, także przed wymiarem sprawiedliwości. Odpowie też za swoje życie przed Majestatem Boga. Każdy jednak powinien mieć szansę na nawrócenie i odpokutowanie, także tu na ziemi. Czy teraz przyszedł czas na oczyszczenie Kościoła? Owszem, ale każdy wierzący zaczyna od siebie.

               Jest jeszcze jedna sprawa, która ostatnio nie daje mi spokoju. Pojawiły się głosy, że Jan Paweł II nie był wcale taki święty. To chyba następny krok, po obalaniu pomników kamiennych i pomników-symboli-ludzi jeszcze żyjących. W kolejności przyszedł czas uderzenia w duchowy pomnik Jana Pawła II, przesiąknięty kultem naszej pamięci z wielką dawką szczerej miłości. Tu rodzi się we mnie jakiś rodzaj bólu, który wynika z pytania: do czego to wszystko prowadzi?
                Każdego dnia, po porannej Mszy św., wszyscy kapłani przychodzą do mnie na śniadanie. To śniadanie jest starokawalerskie i polega na tym, że lodówka jest otwarta i każdy wyciąga z niej to, na co ma ochotę. No chyba, że jest akurat piątek. Przy okazji dużo rozmawiamy, czasem te rozmowy są zabawne, dowcipne, a czasem bardzo poważne i budujące. W czasie takiej właśnie budującej rozmowy, ks. Andrzej opowiedział pewną historię. Kilkanaście lat temu, gdy znalazł się na trudnym, życiowym zakręcie, z którego łatwo można wypaść, Pan Bóg postawił na jego drodze starszego kapłana, który wiele spraw wyprostował mu w głowie. Pomógł też zażegnać wewnętrzny, bardzo poważny kryzys młodego kapłana. Po latach, ktoś w rozmowie, mówiąc o tym starszym kapłanie, zaczął opowiadać o nim niepochlebne opinie, powtarzać jakieś podejrzenia. Ks. Andrzej odpowiedział: nie wiem, co ten ksiądz zrobił, ale dla mnie jest on kimś wyjątkowym i dziękuję Bogu, że postawił go na mojej drodze.
                Każdy z nas ma takie osoby, które Pan Bóg postawił na naszej drodze i które odegrały znaczącą rolę w naszym życiu. Czasem nawet, te osoby przyczyniły się do bardzo poważnych życiowych zmian. Ja sam osobiście, mam wiele takich osób. Najważniejszą z nich jest św. Jan Paweł II. Dla mnie był On święty już za życia. Choć wiem, że tak nie powinno się mówić. Odegrał ogromną rolę w moim osobistym życiu. Jego nauczanie, postawa, słowo, które głosił, charyzma, miały wpływ na moje postępowanie. Jestem wdzięczny Opatrzności Bożej, że mogłem, zwłaszcza w okresie dojrzewania i na początku kapłaństwa, żyć w czasie Jego pontyfikatu. Pamiętam jak z chłopakami, w licealnym internacie klękaliśmy wspólnie do pacierza, bo Polak został Papieżem. Pamiętam strach  o Ojca Świętego po zamachu na Jego życie i pamiętam łzy, których nie mogłem powstrzymać po Jego śmierci. Gdy odszedł do Domu Ojca, czułem się tak, jakby zmarła najbliższa osoba. Ten człowiek odegrał znaczącą rolę w moim życiu, a dzisiaj jest tym, przez którego wstawiennictwo modlę się do Boga. Nikt ani nic, nie jest w stanie mi tego odebrać.
                Jeszcze jedna historia, tym razem moja bardzo osobista. Historia, o której nikomu nie mówiłem przez kilkadziesiąt lat. Opowiedziałem ją dopiero grupie przyjaciół w tym roku, gdy byliśmy w Licheniu. Piszę o tej mojej duchowej przygodzie, bo prawdopodobnie główny bohater tej opowieści, zmarł kilka dni temu. Niestety był on również bohaterem filmu braci S. Pod koniec lat siedemdziesiątych, pobożne ciotki przekonały moją mamę, żeby pozwoliła mi pojechać z nimi do Lichenia. Nikt normalny, łącznie ze mną, nie wiedział, co to jest Licheń, ale ciotki miały jakieś nadzwyczajne zdolności w szukaniu wyjątkowych miejsc. W tamtych czasach, dla kilkunastoletniego, skręconego chłopaka, taka wyprawa porównywalna była z wyprawą Neila Armstronga w Apollo 11. Cel podróży, Licheń, absolutnie do mnie nie przemawiał, ale sama podróż, przygoda, wyprawa już owszem. To był czas, gdy jeszcze daleko mi było do pobożności, wtedy nawet zwykły dziesiątek różańca za pokutę był problemem. Pobożne i nieco nawiedzone ciotki, nie przewidziały niestety noclegu. Przecież to pielgrzymka, więc umęczyć się trzeba. To spowodowało, że spaliśmy w tym małym, starym kościółku. Nowego jeszcze nie było, a Golgota z kamieni dopiero się budowała. Rano, po całej nocy przespanej na (nie)wygodnej, kościelnej ławce, zaczęto śpiewać godzinki. Pamiętam dokładnie, jakby to było wczoraj. Po śpiewie, rozpoczęła się Msza św. i choć chciałem wyjść na zewnątrz, wzrok ciotek był tak kategoryczny, że zostałem. Okazało się, że była to Msza św. w rocznicę świeceń kapłańskich jakiegoś księdza. To był dzień jego jubileuszu 25-lecia. Na koniec udzielał indywidualnego błogosławieństwa, wkładając dłonie na poszczególne osoby. Podszedłem i ja, klęknąłem.  Na głowie poczułem jego ręce. Gdy zabrał swoje dłonie, po trzech sekundach wrócił do mnie z powrotem. A ja poczułem, jak niewyobrażalne ciepło i dreszcz niby piorun, przeszywa moje ciało na wylot. Trwało to chyba kilkanaście sekund, straciłem poczucie czasu. Ocknąłem się, gdy byłem już w ławce, w której wcześniej spałem. Nie wiem ile czasu spędziłem w tej ławce. Gdy wstałem, nie mogłem chodzić, bo nogi mi zdrętwiały. Musiało to być długo. Do dzisiaj pamiętam treść małej tabliczki dziękczynnej na ścianie kościoła. Wyszedłem na zewnątrz, czułem jeszcze to ciepło i wiedziałem, że po maturze pójdę do seminarium. O tej decyzji moi rodzice dowiedzieli się dopiero za kilka miesięcy. Na pytanie, kiedy się zdecydowałem, odpowiadałem że sam nie wiem. Chciałem, aby ta niewiarygodna sytuacja, pozostała moją tajemnicą. Nie wiem, kim był ten ksiądz, być może to ten, którego pomnik usunięto. Wiem jednak, że Pan Bóg potrafi posłużyć się w realizacji swoich planów, nawet oślicą Baalama. Dla mnie, to miejsce i ten człowiek byli opatrznościowi.

                Cała obecna sytuacja Kościoła, wierzę w to mocno, jest opatrznościowa i czemuś służy. Pan chce nam coś powiedzieć i jest to pewien rodzaj czasu nawiedzenia. Musimy uważać, aby tego czasu nie przegapić. Aby Jezus gorzko nie zapłakał nad nami, bo nie rozpoznaliśmy czasu nawiedzenia. Amen.

Korzystanie z niniejszej witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Zmiany warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do plików cookies można dokonać w każdym czasie. Polityka Prywatności    Informacje o cookies

ROZUMIEM